Puskás Aréna w Budapeszcie była areną epickiego finału Ligi Mistrzów, który zostanie zapamiętany zarówno ze względu na wyniszczającą intensywność, jak i rozdzierający serce finał. Sezon Arsenalu zakończył się w najbardziej bolesny sposób – porażką po rzutach karnych z Paris Saint-Germain po remisie 1:1, który przeciągnął się głęboko w środkowoeuropejską noc. Przez trzy godziny obie strony wymieniały się taktycznymi ciosami, fizycznym wyczerpaniem i chwilami wysokiej jakości, dopóki loteria jedenastek nie wyłoniła mistrza.
Wybór składu Mikela Artety od początku budził zainteresowanie. Cristhian Mosquera, naturalny środkowy obrońca, został ustawiony na prawej obronie, aby walczyć z hipnotyzującym Khvichą Kvaratskhelią. W pomocy decyzja o wystawieniu Mylesa Lewisa-Skelly'ego naprzeciw wpływowego Vitinhii była odważnym ryzykiem. Nastolatek miał sezon pełen wzlotów i upadków, ale Arteta zaufał mu na największej scenie – i to zaufanie zostało sowicie nagrodzone.
Arsenal przejął inicjatywę już pierwszym celnym atakiem w meczu. Strzał Leandro Trossarda odbił się w sposób korzystny na nogę Kaia Havertza, który z zimną precyzją wycelował i uderzył piłkę w siatkę. To był wymarzony początek, stworzony w chaotycznym przejściu, które stało się znakiem rozpoznawczym najlepszej pracy Artety. Przez następne pół godziny defensywna forma Arsenalu zdusiła PSG, redukując ich gwiazdorski atak do drobnych okazji i półszans.
Ale mistrzowie znajdują sposób. Nieustępliwe naciskanie Kvaratskhelii doprowadziło w końcu do faulu przeciążonego Mosquery w polu karnym, a zimny rzut karny Ousmane'a Dembélé przywrócił równowagę. Od tego momentu finał stał się wojną na wyniszczenie, każdy wślizg drżał z konsekwencjami, a każdy sprint niósł ból ostatniego wysiłku sezonu.
Lewis-Skelly jednak nie dał się zastraszyć. Mając za zadanie zakłócanie rytmu środka pola PSG, pędził po murawie z silnikiem weterana, przechwytując podania, wygrywając pojedynki, a nawet wybiegając do przodu, by niepokoić przeciwnika. Jego świadomość defensywna zaprzeczała jego wiekowi, a jego późny odbiór ratunkowy, by zatrzymać Désiré Doué, był emblematyczny dla występu, który na długo zapadnie w futbolową historię Arsenalu, nawet w porażce.
W miarę upływu minut bez dalszych goli, narracja przekształciła się w test woli. Arteta, kłębek nerwowej energii na linii bocznej, organizował mini-zebrania i gwałtownie gestykulował. Naprzeciw niego Luis Enrique wyglądał jak człowiek, który przebiegł maraton w saunie. Na boisku nogi stawały się ciężkie, a umysły zmęczone, ale żadna ze stron nie ustępowała. To była piłka nożna sprowadzona do elementarnej walki – nie piękna w konwencjonalnym sensie, ale absolutnie wciągająca.
Dogrywka przyniosła więcej tego samego nieustępliwego dramatu. Zmiany dały nowy impuls, ale wyraźne okazje były rzadkie, ponieważ obie defensywy trzymały się mocno. Gdy gwizdek ogłosił rzuty karne, nad areną zapanowało poczucie straszliwej nieuchronności.
Serie rzutów karnych były mistrzostwem okrucieństwa. Każdy wykonawca trafiał, dopóki Gabriel Magalhães, skała Arsenalu w obronie przez cały wieczór, nie podszedł do piłki. Sędzia nalegał na przedłużone instrukcje, przeciągając ten moment w wieczność. Kiedy Gabriel w końcu uderzył, piłka poleciała strasznie wysoko nad poprzeczką. Eksplozja radości ze strony paryskiej była natychmiastowa; piłkarze Arsenalu osunęli się na kolana, a ich marzenie o Lidze Mistrzów rozpłynęło się w morzu sztucznych ogni.
Dla Arsenalu porażka jest zarówno druzgocącym ciosem, jak i dowodem ich rozwoju. Drużyna pełna młodego angielskiego talentu – z Lewisem-Skellym na czele – stanęła twarzą w twarz z obrońcą tytułu i wyszła z tej konfrontacji z wzmocnioną reputacją. Wyzwaniem teraz jest przepracowanie tego bólu i wykorzystanie go jako paliwa do walki o tytuł Premier League, który wymyka się projektowi Artety.
PSG tymczasem zapewnia sobie historyczne drugie z rzędu zwycięstwo, umacniając swoją dynastię pod wodzą Enrique. Zostali zepchnięci do granic możliwości, musieli cierpieć z rąk drużyny Arsenalu, która nie chciała być namaszczoną ofiarą. To było zwycięstwo, które wymagało każdej uncji ich jakości i będzie zaliczane do ich najwspanialszych osiągnięć.
Ostatecznie pojedynczy niecelny strzał zadecydował o finałowym, poza tym bezbłędnym meczu. To było przypomnienie o cienkich marginesach oddzielających chwałę od bólu serca w sporcie i o niezrównanej zdolności piłki nożnej do wywyższania i niszczenia w jednym oddechu. Na podstawie raportu The Guardian.