Ciutat de València była w niedzielę późnym wieczorem kotłem ulgi i euforii, gdy Levante przypieczętowało zwycięstwo 2:0 nad Mallorką, praktycznie wydostając się na skraj utrzymania w La Liga. Późny gol Kervina Arriagi wywołał szalone świętowanie, wieńcząc niezwykłą przemianę, której niewielu spoza wewnętrznego kręgu klubu mogło przewidzieć zaledwie kilka miesięcy temu. Zwycięstwo przesunęło Levante poza strefę spadkową z jednym meczem do końca, a ich los jest praktycznie w ich rękach.
To, co już było historyczną batalią o uniknięcie spadku, skurczyło się przed weekendem do pięciu drużyn na ostrzu noża. Po tym, jak Sevilla, Valencia, Alavés i Espanyol odskoczyli, w niebezpieczeństwie pozostali Levante, Mallorca, Girona, Osasuna i Elche. Stawka finansowa jest ogromna – to najciaśniejsza walka w historii hiszpańskiej ekstraklasy – ale Levante wygląda teraz na najbardziej prawdopodobnego do ucieczki.
To daleki krzyk od sytuacji klubu w listopadzie, kiedy zajmował 19. miejsce i miał tyle samo punktów co ostatnie Real Oviedo. Nowo awansowani i z najmniejszym limitem płac w lidze, wynoszącym zaledwie 17,4 mln euro, zdobyli dziewięć punktów w 14 meczach. Tymczasowy zespół trenerski zdobył tylko jeden punkt więcej w dwóch meczach, zanim zarząd zwrócił się do nieznanego 48-letniego Portugalczyka, Luísa Castro.
„Słyszałem o innym Luísie Castro, ale nie o tym, a ten okazał się idealnym trenerem dla naszego klubu” – przyznał prezes Pablo Sánchez. Ten drugi Luís Castro, o wiele bardziej utytułowany imiennik, który trenował Szachtar Donieck i Grêmio, zdominował wyniki wyszukiwania, gdy ogłoszono nominację. Castro z Levante nigdy nie grał profesjonalnie i po cichu awansował poprzez trenowanie młodzieży w Benfice, gdzie wygrał Młodzieżową Ligę Mistrzów UEFA, a później uratował Dunkerque we Francji.
Castro odziedziczył drużynę, która „tracąc zbyt wiele goli w przejściach”, jak to ujął. Jego odpowiedzią było wprowadzenie klarowności i niepodlegających negocjacjom zasad. Levante stało się bardziej agresywne bez piłki, wyżej pressowało i atakowało z celem. Kluczowe było, że zrezygnował z reputacji. „Jeśli najgorszy piłkarz ma najwyższą pensję, to nie ma znaczenia: nie gra” – podkreślał. Ta filozofia szybko uderzyła: letni rekordowy transfer Karl Etta Eyong, który kosztował 3 mln euro i strzelił pięć wczesnych goli, nie zagrał w żadnym z ostatnich 14 meczów. Dla Castro uczciwa komunikacja i określone role były ważniejsze niż ceny.
Efekt był dramatyczny. Zwycięstwo 3:0 nad Sevillą w jego pierwszym meczu nadało ton. Potem padł gol w 96. minucie dający wygraną z Elche. W ciągu ostatnich dwóch tygodni Levante dwukrotnie odrabiało straty, pokonując Osasunę i Celtę 3:2, a następnie w niedzielę zdominowało Mallorkę. Trzy kolejne zwycięstwa to najlepsza passa sezonu i wyniosła ich na 17. miejsce, punkt nad strefą spadkową.
Według Opta, Levante ma teraz zaledwie 6% szans na spadek. Spadną tylko wtedy, gdy przegrają z Betisem, Girona pokona Elche, Mallorca nie wygra z Oviedo, a Osasuna zdobędzie punkt w Getafe – precyzyjna kombinacja, która pozostawiłaby ich na 42 punktach w trójstronnym remisie z gorszym bilansem bramkowym. Dla porównania, szanse Mallorki na utrzymanie wynoszą zaledwie 5%.
Osiągnięcie jest tym bardziej zdumiewające, biorąc pod uwagę zasoby klubu. Cała kadra Levante kosztowała mniej niż indywidualne opłaty za zawodników u wielu rywali. Castro, który rozpoczął swoją trenerską drogę z pięciolatkami, podkreślał, że jego metody opierały się na inteligencji, a nie na atletyzmie. „To nie jest lekkoatletyka: częściej chodzi o mózg niż o cechy fizyczne” – wyjaśnił. Mówił zawodnikom wprost, dlaczego są w składzie lub poza nim, żądając reakcji bez długich wyjaśnień.
Ta szczerość, wyrażona głosem przypominającym stonowany ton komentatora snookera, zdobyła szatnię, która była zagubiona. Zwycięstwo nad Mallorką zostało przypieczętowane po golu Carlosa Álvareza na 1:0, ale sceny po końcowym gwizdku – kapitan Vicente Iborra prowadzący gromki oklask, napastnik Roger Brugué skandujący „tak, możemy” – mówiły o jedności, której brakowało.
Gdy Levante przygotowuje się do wyjazdu na Betis w ostatniej kolejce, wiedzą, że utrzymanie jest w zasięgu ręki, scenariusz wydający się niemożliwy, gdy Castro przybył w grudniu. Rok temu był nieznaną postacią; teraz Las Provincias ogłasza, że „zapisał swoje imię w historii Levante złotymi literami”. Dla klubu, który nigdy nie wydawał dużo i często sprzedaje swój najlepszy talent, pozostanie w La Liga będzie warte dziesiątki milionów i zapewni kolejny sezon wśród elit.
48-latek po cichu wymyka się z celebracji, ale jego piętno jest niezaprzeczalne. Odrodzenie Levante to nie tylko taktyka; chodzi o przywrócenie wiary. Jak sam Castro powiedział, piłkarze to inteligentni ludzie, którzy dobrze grają, gdy wiedzą, czego się od nich oczekuje. Jego historia, zbudowana na fundamencie trenowania młodzieży i odmowie bycia definiowanym przez brak piłkarskiego obycia, odzwierciedla etos underdoga klubu. Na podstawie reportażu z The Guardian.