Podczas wieczoru pełnego napięcia i tęsknoty Arsenal wciągnął się na skraj historii, wydzierając nerwowe zwycięstwo 1-0 nad już zdegradowanym Burnley na Emirates Stadium. Lekki strzał głową Kaia Havertza z rzutu rożnego Bukayo Saki w końcowych minutach pierwszej połowy okazał się decydujący, przybliżając zespół Mikela Artety na krok od zakończenia 22-letniego oczekiwania na tytuł Premier League. Zwycięstwo oznacza, że jeśli Manchester City straci punkty we wtorek wieczorem w Bournemouth, tytuł trafi do północnego Londynu; jeśli nie, to dojdzie do finałowej rozgrywki, gdzie Arsenal odwiedzi Crystal Palace z niewielką przewagą dwóch punktów nad panującymi mistrzami.
Cieżar oczekiwań był wyczuwalny od samego początku. Tysiące fanów odpowiedziało na wezwanie Artety, aby ustawić się na ulicach i powitać autobus drużyny, odpalając czerwone race, które malowały nocne niebo. Wewnątrz stadionu hałas był nieustanną, trzaskającą istotą, ryczącą przy każdym kontakcie Arsenalu i wygwizdującą każdą zwłokę ze strony Burnley, prowadzonego przez tymczasowego menedżera Michaela Jacksona po kwietniowym zwolnieniu Scotta Parkera. Arteta zaryzykował ze składem, wystawiając Martina Ødegaarda i Eberechi Eze jako ofensywnych pomocników przed Declanem Rice'em, podczas gdy Havertz otrzymał pierwszeństwo przed Viktorem Gyökeresem na pozycji środkowego napastnika. Riccardo Calafiori otrzymał pozwolenie na wchodzenie do środka z lewej obrony, często pojawiając się w centralnych strefach, a nawet na prawym skrzydle, gdy Kanonierzy próbowali przeciążyć dwie linie czterech graczy Burnley.
Pierwsze minuty charakteryzowały się gorączkowym poszukiwaniem przez Arsenal otwarcia rywalizacji i wyciami frustracji ze strony publiczności gospodarzy. Leandro Trossard był bliski szczęścia w 15. minucie, gdy przeciął z lewej strony i oddał zakręcone uderzenie, które trafiło w słupek. Burnley, choć na papierze były ofiarami, pokazało przebłyski zagrożenia: dośrodkowanie Louma Tchaouny trafiło do Hannibala Mejbriego przy dalszym słupku, ale wykończenie poszło obok. Fizyczna obecność Ziana Flemminga wywołała fale, a Trossard nawet dostał reprymendę po tym, jak odepchnął napastnika Burnley w odpowiedzi na ciężki faul na Eze. Arsenal uporczywie sondował, próbując przebić podania przez kanały, a Havertz myślał, że wywalczył rzut karny, gdy dośrodkował do Saki, który padł po kontakcie z Lucasem Piresem – tylko po to, by VAR uznał, że kontakt był niewystarczający.
W momencie, gdy niepokój groził eskalacją, Arsenal sięgnął po swoją najbardziej niezawodną broń. Obity strzał Ødegaarda wymusił rzut rożny, a precyzyjne dośrodkowanie Saki zostało wykorzystane przez Havertza, który wyniośle wzniósł się ponad statyczną obronę Burnley, by głową wbić piłkę do siatki. Uwolnienie emocji było wstrząsające – gardłowy ryk, który mówił zarówno o uldze, jak i o budzącym się świadomości, że pierwszy tytuł klubu od 2004 roku jest teraz o jeden gigantyczny krok bliżej. To był znajomy widok: Arsenal uczynił stałe fragmenty swoim znakiem rozpoznawczym, a to była najnowsza demonstracja skrupulatnej pracy nadzorowanej przez trenera stałych fragmentów Nicolasa Jovera.
Druga połowa stała się ćwiczeniem z zarządzania nerwami. Arsenal pragnął drugiego gola, by zabić mecz, a Eze powinien go zapewnić, gdy wolejem przymierzył dośrodkowanie Cristhiana Mosquery w poprzeczkę, a następnie główkował podanie Havertza prosto w obrońcę Burnley Maxime'a Estève'a z bliska. Niewykorzystane okazje zachęcały do presji, a atmosfera na stadionie zaczęła się zmieniać. Burnley, ośmielone, zaczęło wierzyć w niespodziankę. Publiczność próbowała podnieść swoich zawodników, żądając, by „stanęli za Arsenalem", i stanęli, ale drgania były zaraźliwe. Sprawy zagroziły, że staną się toksyczne w 67. minucie, gdy Havertz rzucił się do wślizgu na Lesleyu Ugochukwu, trafiając go kolcami. Kontrola VAR w sprawie potencjalnej czerwonej kartki była niekończąca się, a decyzja na boisku o żółtej kartce spotkała się z zbiorową ulgą.
Końcowe etapy były bolesne dla kibiców gospodarzy. Burnley pchało ludzi do przodu, a każdy stały fragment gry czy półokazja wydawały się gromem z jasnego nieba. Jednak mimo całego wysiłku goście nie byli w stanie stworzyć decydującej okazji. Obrona Arsenalu, fundament ich kampanii, pozostała niewzruszona, notując 19. czyste konto w sezonie ligowym. William Saliba i Gabriel Magalhães byli nieporuszeni, Rice mądrze zamykał przestrzenie, a gdy rozległ się końcowy gwizdek, powitano go z równą ulgą, co radością.
To było zwycięstwo, które podsumowuje sezon Arsenalu: niedoskonałe w płynności, majestatyczne w odporności. Kandydaci do tytułu przeszli teraz mecz, który miał wypisane „pułapka", i zrobili to, opierając się na filarach swojego wyzwania – sprycie przy stałych fragmentach i defensywnym uporze. Dla Burnley to była honorowa porażka, która dała przebłysk walki, której zbyt często brakowało w żałosnej kampanii.
Konsekwencje są teraz proste: albo City potknie się na południowym wybrzeżu i 20-letnia susza Arsenalu dobiegnie końca, albo udamy się na Selhurst Park na finałową koronację – lub kapitulację. Marginesy są cieniusieńkie, ale po takich nocach czujesz, że Arsenal nie chciałby tego inaczej. Linia wciąż jest w zasięgu wzroku, a klub, który tak często potykał się na ostatniej przeszkodzie, jest teraz o jeden triumfalny skok od nieśmiertelności. Na podstawie reportażu z The Guardian.