Arsenal zrobił monumentalny krok w kierunku zakończenia dwudziestoletniego oczekiwania na tytuł Premier League, wygrywając 1:0 z zagrożonym spadkiem Burnley na Emirates Stadium w poniedziałkowy wieczór. Kanonierzy wiedzieli, że zdobycie mniej niż trzech punktów oddałoby inicjatywę z powrotem w ręce broniącego tytułu Manchesteru City, i chociaż występ pozbawiony był płynności z ostatnich tygodni, wynik był najważniejszy.
Przełamanie nastąpiło w 37. minucie ze znanego źródła: stałego fragmentu gry. Zespół Mikela Artety uczynił z rzutów rożnych broń masowego rażenia w tym sezonie, a to Kai Havertz zapewnił ostrze. Niemiecki reprezentant wzniósł się ponad nieruchomą obronę Burnley, by potężnym strzałem głową pokonać bramkarza Maxa Weissa, który pozostał na linii. Była to bramka, która uosabiała odrodzenie Havertza – od mocno krytykowanego letniego nabytku do potencjalnego bohatera zdobywającego tytuł.
Mecz przybrał jednak kontrowersyjny obrót w 69. minucie, gdy Havertz miał szczęście, unikając czerwonej kartki. Po stracie piłki w przypływie frustracji przeciągnął kołkami po łydce Lesleya Ugochukwu z Burnley. Sędzia pokazał tylko żółtą kartkę – decyzję, która mogła zmienić przebieg meczu, gdyby była inna. Arsenal, już kontrolując grę, mógłby być zmuszony do rozegrania końcówki w dziesiątkę.
Mimo posiadania 62% piłki Arsenal miał trudności z rozcięciem defensywy Burnley, która grała głęboko cofnięta i broniła się z rozpaczą. Goście, 19. w tabeli, nie oferowali wiele w ataku, ale zdołali sprawić, że liderzy się pocili. Bukayo Saka i Martin Ødegaard badali bez swojej zwykłej precyzji, a wyraźne okazje pozostawały rzadkością. To świadczyło o dyscyplinie Burnley, ale także przypominało, że ostrość Arsenalu w nerwowych meczach wciąż może ich opuścić.
Wynik stawia Arsenalu kusząco blisko nieśmiertelności. Jeśli Manchester City nie wygra we wtorkowy wieczór (20:30 czasu BST) na Bournemouth, tytuł zostanie matematycznie zapewniony na mecz przed końcem. Dla klubu, który ostatni raz podniósł puchar w sezonie 2003-04 – kultowe 'Invincibles' – perspektywa bycia koronowanym na mistrza bez konieczności gry to spełnienie marzeń. Kanonierzy są teraz tylko jeden błąd City od ekstazy.
Ten moment budował się pod wodzą Artety, który skrupulatnie odtworzył skład zdolny do trwałej doskonałości. Defensywna odporność Kanonierów była fundamentem ich kampanii – stracili mniej goli niż jakakolwiek inna drużyna. Tymczasem zawodnicy tacy jak Declan Rice i William Saliba dodali stal zespołowi, który w poprzednich sezonach często pękał pod presją. Zwycięstwo nad Burnley, choć nie było wystrzałowym występem, pokazało dojrzałość do brzydkiego wygrywania – cechę mistrzów.
A jednak Premier League to tylko połowa potencjalnie historycznego dubletu. Za sześć dni Arsenal zagra w finale Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain w Budapeszcie 30 maja o godzinie 18:00 czasu lokalnego. Szansa na podniesienie największego europejskiego trofeum po raz pierwszy dodaje elektryzującego wątku do kulminacji sezonu. Arteta stoi teraz przed delikatnym balansowaniem: utrzymaniem koncentracji zawodników na potencjalnie decydujący wtorek, a jednocześnie przygotowaniem do ostatecznej konfrontacji na kontynencie.
Dla Havertza ten wieczór podsumował jego historię w Arsenalu – momenty jakości przeplatające się z kontrowersjami. Jego główka była 12. ligowym golem w sezonie, podkreślając przemianę, która uciszyła wielu sceptyków. Jednak faul na Ugochukwu przypomniał, że jego intensywność może czasem wybuchnąć. Arteta będzie wdzięczny, że Havertz pozostaje dostępny zarówno na finisz tytułowy, jak i finał w Budapeszcie.
Gdy wierni kibice Emirates świętowali po końcowym gwizdku, wyczuwalne było poczucie przeznaczenia. Wynik może nie krzyczy dominacją, ale znaczenie rozbrzmiewa głośno. Arsenal postawił się w sytuacji, w której nawet zwycięstwo City na Bournemouth tylko opóźnia nieuniknione, biorąc pod uwagę ich lepszy bilans bramek i mecz u siebie w ostatniej kolejce. Szampan jest już schłodzony, a korki mogą wystrzelić w ciągu 24 godzin.
Ta drużyna już wyryła swoje imię głęboko w folklorze klubu, docierając do finału Ligi Mistrzów, ale chwała Premier League wyniosłaby ich do legendarnego statusu. Od precyzji w stałych fragmentach gry po nieugiętą linię obrony, ci Kanonierzy wykazali się wszystkimi cechami mistrzów. Teraz muszą czekać, patrzeć i mieć nadzieję, że Bournemouth wyświadczy im przysługę.
Na podstawie raportów z L'Equipe.