Tottenham Hotspur rozpoczął ostatni dzień sezonu Premier League, patrząc w przepaść. Groził im pierwszy spadek od 1977 roku, a Tottenham Hotspur Stadium, mimo swojej nowoczesnej wspaniałości, był domem grozy. Z najgorszym bilansem u siebie w lidze przed meczem, niepokój wśród kibiców gospodarzy był wyczuwalny. Przedmeczowa atmosfera była mieszanką buntu i strachu, gdy tysiące witało autobus drużyny, ale 30-stopniowy upał tylko potęgował napięcie. Dla menedżera Roberto De Zerbi misja była prosta: uniknąć porażki, a utrzymanie było zapewnione. Ale jak opisał, mecz dotyczył czegoś więcej niż tylko bezpieczeństwa – chodziło o godność.
Od pierwszego gwizdka Spurs grali z intensywnością, jakiej wymagała sytuacja. Wysoko pressowali, zmuszając Everton do cofnięcia się w pierwszej połowie, którą w dużej mierze kontrolowali. Conor Gallagher, Kevin Danso i João Palhinha wszyscy zmarnowali półszanse, zanim przełom nastąpił tuż przed przerwą. W 43. minucie, rzut rożny Mathysa Tela znalazł Palhinhię niepilnowanego przy dalszym słupku. Jego główka odbiła się od słupka, ale portugalski pomocnik zareagował najszybciej, wbijając dobitkę w kierunku bramki. Jordan Pickford dotknął piłki, a Beto próbował interwencji na linii, ale piłka już przekroczyła linię. To był kolejny kluczowy gol Palhinhi, dodając do jego zwycięskiego trafienia z Wolves w kwietniu i wyrównującego w ostatniej chwili przeciwko temu samemu przeciwnikowi we wrześniu.
Druga połowa stała się dla Spurs udręką. David Moyes, nie mając o co grać, wprowadził ofensywnych zmienników Harrisona Armstronga i Tyrique'a George'a, a Tottenham wycofał się do defensywnej skorupy. Nastrój na stadionie zmienił się dramatycznie, gdy dotarły wieści, że West Ham, potrzebujący wygranej i porażki Spurs, strzelił trzy gole przeciwko Leeds. Gigantyczne ekrany pokazujące zegar zdawały się kpić z kibiców gospodarzy, podczas gdy czas wlókł się niemiłosiernie. Każda akcja Evertonu wywoływała westchnienia, a napięcie było niemal nie do zniesienia.
Agonia przeciągnęła się na 12 minut doliczonego czasu – początkowo wskazano tylko dziewięć. Na kilka sekund przed końcem, zmiennik Evertonu Tyrique George oddał potężny strzał, który Antonin Kinsky musiał wybić nad poprzeczką. To była wspaniała obrona, która utrzymała prowadzenie i ostatecznie status w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kilka chwil wcześniej Michael Keane główkował tuż nad poprzeczką po dośrodkowaniu George'a. Gdyby Kinsky nie interweniował, mogło stać się coś nie do pomyślenia. Końcowy gwizdek w końcu wywołał sceny wyczerpanej ulgi; niektórzy gracze Spurs padli twarzą na murawę.
De Zerbi wybiegł na boisko, jego misja ocalenia zakończona. Po przejęciu walczącej drużyny, poprowadził ich do trzech zwycięstw i dwóch remisów w ostatnich siedmiu meczach, utrzymując klub po właściwej stronie linii. W swoich wypowiedziach pomeczowych Włoch podkreślił wagę wydarzenia, twierdząc, że było ono nawet większe od zeszłorocznego triumfu w finale Ligi Europy przeciwko Manchesterowi United w Bilbao. Dla długo cierpiących kibiców był to moment, by cieszyć się ulotną pozytywnością wśród sezonu pełnego wzajemnych oskarżeń.
To zwycięstwo zamaskowało głębokie pęknięcia. Forma Tottenhamu u siebie była fatalna, a klub tej rangi nie powinien walczyć o utrzymanie w ostatnim dniu. Wzajemne oskarżenia o marny sezon nadejdą, ale w tę niedzielę liczyło się tylko to, że uniknęli katastrofy. Kadra, z zawodnikami takimi jak James Maddison i Archie Gray, nie spełniła oczekiwań, ale późny wpływ De Zerbi dał promyk nadziei na przyszłość.
Wynik potwierdził spadek West Ham United. Mimo zwycięstwa 3-0 z Leeds, zwycięstwo Spurs uczyniło je bez znaczenia. Dla Młotów kończy to 14-letni pobyt w najwyższej lidze i niesie poważne konsekwencje finansowe i sportowe. Rywalizacja między londyńskimi klubami dodała warstwę udręki dla fanów West Hamu, świadomych, że ich los został przypieczętowany przez rywali z tego samego miasta.
Ostatni dzień sfinalizował również miejsca w europejskich pucharach. Arsenal, Manchester City, Manchester United, Aston Villa i Liverpool zapewnili sobie miejsca w Lidze Mistrzów. Bournemouth i Sunderland zdobyły miejsca w Lidze Europy, a Crystal Palace może do nich dołączyć, jeśli wygra finał Ligi Konferencji. Brighton zapewnił sobie miejsce w Lidze Konferencji. Te wyniki podkreśliły konkurencyjność ligi i cienkie marginesy, które zdefiniowały sezon.
Gol João Palhinhi był mikrokosmosem jego znaczenia. Sprowadzony, by dodać stal w środku pola, zakończył kampanię jako nieprawdopodobny bohater. Jego trzy gole ligowe okazały się decydujące w walce o utrzymanie. Jego waleczny styl i umiejętność bycia we właściwym miejscu o właściwym czasie uczyniły go niezastąpionym pod wodzą De Zerbi. Klub ma nadzieję, że może zainspirować odrodzenie w przyszłym sezonie.
Dla Tottenhamu utrzymanie musi być katalizatorem do odbudowy. Infrastruktura jest – stadion światowej klasy, utalentowana kadra – ale produkt na boisku nie spełnił oczekiwań. De Zerbi otrzyma lato na przekształcenie zespołu i dalsze wdrażanie swojej filozofii. Wyzwaniem jest zapewnienie, by przyszłoroczny ostatni dzień dotyczył europejskich ambicji, a nie statusu w Premier League.
Ostatecznie była to nerwowa ucieczka, ale taka, na którą Spurs trochę zasłużyli. Mieli przewagę w pierwszej połowie i wykazali się odpornością w drugiej. Widok kibiców śpiewających na trybunach po końcowym gwizdku stanowił wyraźny kontrast do strachu, który dominował tego popołudnia. Przyszłość klubu wciąż wisi na włosku, ale na razie mogą odetchnąć. Na podstawie reportażu z The Guardian.